ZG - prywatna strona


Gdy nadejdzie rewolucja

Niewielki tłum zebrał się dookoła mówcy na rogu ulicy.

- Gdy nadejdzie rewolucja - mówił - każdy będzie jeździł swoją własna dużą limuzyną. Gdy nadejdzie rewolucja, każdy będzie miał telefon w kuchni. Po nadejściu rewolucji każdy będzie posiadał kawałek ziemi, należący tylko do niego.

Jakiś głos z tłumu zaprotestował:

- Nie chcę żadnej czarnej limuzyny ani kawałka ziemi, ani telefonu w kuchni.

- Gdy nadejdzie rewolucja - zawołał mówca - będziesz, do cholery, robił to, co ci każą.

Jeśli chcesz idealnego świata, pozbądź się ludzi.

Pies i lis

Myśliwy posłał psa za czymś, co poruszało się za drzewami. Pies zaczął ścigać lisa i zapędził go w miejsce, gdzie myśliwy mógł go zastrzelić.

Umierający lis rzekł do psa:

- Czy nigdy ci nie mówiono, iż lis jest twoim bratem?

- Mówiono, owszem - odparł pies - ale to gadanie dla idealistów i głupców. Dla praktycznie myślącego braterstwo powstaje dzięki zbieżności interesów.

Chrześcijanin powiedział do buddysty: "Naprawdę moglibyśmy być braćmi. Ale to dobre dla idealistów i głupców. Dla praktycznego człowieka braterstwo polega na wspólnocie przekonań".

Niestety, większość ludzi ma w sobie wystarczająco dużo religii, by nienawidzić, ale niewystarczająco, by kochać.

Wynalazca

Po wielu latach pracy pewien wynalazca odkrył sztukę rozpalania ognia. Wziął swoje narzędzia do pokrytych śniegiem północnych regionów i nauczył tej sztuki jeden z tamtejszych szczepów, a także pokazał zalety tego wynalazku. Ludzi tak bardzo pochłonęła ta nowość, że nie podziękowali wynalazcy, który pewnego dnia cichutko wymknął się z wioski. Ponieważ był on jednym z tak rzadkich stworzeń ludzkich obdarzonych darem wielkości, nie pragnął, aby go pamiętano czy uwielbiano. Szukał tylko zadowolenia w tym, że ktoś skorzystał z dobrodziejstwa jego odkrycia.

Następny szczep, do którego się udał, również bardzo pragnął nauczyć się sztuki rozpalania ognia. Ale miejscowi kapłani, zazdrośni o wpływ wynalazcy na ludność, kazali go zamordować. Aby rozproszyć jakiekolwiek podejrzenia o zbrodnię, ustawiono portret Wielkiego Wynalazcy na głównym ołtarzu świątyni, ułożono również liturgię, tak aby imię jego było czczone, a pamięć o nim nigdy nie wygasła. Zadbano z wielką pieczołowitością, aby ani jedna rubryka liturgii nie została zmieniona czy też pominięta. Narzędzia do rozniecana ognia zostały umieszczone w relikwiarzu i mówiono, że mają moc uzdrowienia każdego, kto z wiarą położy na nich swoje dłonie.

Najwyższy Kapłan sam podjął się opisać żywot Wynalazcy. Stał się on Święta Księgą, w której jego pełna miłości dobroć była stawiana wszystkim za przykład, jego chwalebne czyny były wysławiane, a nadludzka natura stała się przedmiotem wiary. Kapłani pilnowali, by Księga była przekazywana przyszłym pokoleniom, podczas gdy oni samorzutnie interpretowali znaczenie słów wynalazcy i wagę jego świętego życia i śmierci. Równocześnie bezwzględnie karali śmiercią lub klątwą każdego, kto nie zgadzał się z ich poglądami. Byli tak zajęci obowiązkami religijnymi, że ludzie zupełnie zapomnieli sztuki rozniecania ognia.

Tańczący rabin

Żydzi z pewnego miasteczka w Rosji niecierpliwie oczekiwali przybycia rabina. Miało to być wyjątkowe wydarzenie, spędzili więc wiele czasu przygotowując pytania, które chcieli zadać temu świętemu człowiekowi.

Kiedy rabin w końcu przybył i spotkał się z nimi na ratuszu, wyczuł atmosferę napięcia, ponieważ wszyscy czekali gotowi wysłuchać odpowiedzi, których im miał udzielić.

Na początku nic nie rzeki, po prostu spojrzał im w oczy i zanucił natrętnie powracającą melodię. Wkrótce wszyscy zaczęli ją nucić. Rabin zaczął śpiewać i oni śpiewali wraz z nim. On kołysał się i tańczył, stąpając rytmicznie i uroczyście; zebrani poszli w jego ślady. Wkrótce tak bardzo zajął ich taniec, że przestało dla nich istnieć wszystko inne na ziemi. Tak więc każdy z tłumu stał się całością, został uleczony z wewnętrznego rozproszenia, które zamyka nas na Prawdę.

Minęła prawie godzina, zanim taniec zamarł. Już bez napięcia, które znikło bez śladu, wszyscy zasiedli w ciszy i spokoju, które wypełniały pokój... Wtedy rabin wymówił pierwsze słowa tego wieczoru:

- Wierzę, że odpowiedziałem na wasze pytania.

Modlitewny alfabet

Ubogi farmer, wracając późnym wieczorem z rynku do domu, znalazł się na drodze bez swojego modlitewnika. Koła jego wozu odpadły w samym środku lasu, więc zmartwił się, że dzień ten będzie musiał upłynąć bez odmówienia przez niego modlitwy.

Ułożył więc następującą: "Panie, uczyniłem coś bardzo głupiego. Opuściłem dom dziś rano bez mojego modlitewnika, a pamięć zawodzi mnie tak często, że nie mogę bez niego odmówić ani jednej modlitwy. Postanowiłem więc, że pięć razy wolno wyrecytuję alfabet, a Ty, który znasz wszystkie modlitwy, poskładasz razem litery alfabetu, aby stworzyły modlitwę, której słów nie pamiętam".

I rzekł Pan do swoich aniołów:

- Ze wszystkich modlitw, które dzisiaj usłyszałem, ta jedna była niewątpliwie najlepsza, ponieważ płynęła z prostego i szczerego serca.

Pomoc dla wioski

Kapłan z wioski był świętym człowiekiem, więc za każdym razem, gdy ludzie byli w kłopotach, uciekali się do niego. Wtedy krył się w pewnym miejscu w lesie i odmawiał specjalną modlitwę. Bóg zawsze go wysłuchiwał i pomagał wiosce.

Gdy kapłan umarł i wieśniacy znów mieli kłopoty, zwrócili się o pomoc do jego następcy, który nie był człowiekiem świętym, lecz znał to sekretne miejsce w lesie i znał też ową specjalną modlitwę. Rzekł więc:

- Panie, wiesz, że brak mi świętości, ale z pewnością nie masz zamiaru wykorzystać tego przeciwko ludziom z mojej wioski. Przyjdź nam z pomocą.

I Bóg go wysłuchał i pomagał wiosce.

Kiedy z kolei ten kapłan umarł i wieśniacy mieli problemy, zwrócili się o pomoc do jego następcy, który znał specjalną modlitwę, ale nie wiedział, gdzie jest to szczególne miejsce w lesie. Powiedział więc:

- Co znaczą dla Ciebie miejsca, Panie? Czyż każde miejsce nie jest uświęcone przez Twoją obecność? Wysłuchaj więc mej modlitwy i przyjdź nam z pomocą.

I znów Bóg spełniał jego prośbę i pomagał wiosce.

Gdy ten kapłan zmarł i wieśniacy byli w potrzebie, zwrócili się do jego następcy, który nie znał ani modlitwy, ani też sekretnego miejsca w lesie. Rzekł więc ów kapłan:

- To nie formę zanoszonych modlitw cenisz, Panie, ale, wołanie serca potrzebującego ratunku. Wysłuchaj mojej modlitwy i przyjdź nam z pomocą.

I raz jeszcze Bóg wysłuchał modlitwy i zsyłał swą pomoc.

Po śmierci tego kapłana, gdy wieśniacy znów mieli kłopoty, zwrócili się do jego następcy. Lecz ten kapłan bardziej troszczył się o dobra doczesne niż o modlitwę. Zwykł więc mawiać:

- Jakim Bogiem jesteś, że będąc w stanie rozwiązywać absolutnie każdy problem, który Ty sam stworzyłeś, nie robisz nic, dopóki nie zobaczysz nas na kolanach żebrzących i błagających?

Następnie wracał do przerwanego zajęcia. I raz jeszcze Bóg wysłuchał jego głosu i pomagał wiosce.

Głód spowodowany pogłoską

Latem 1946 roku w prowincji pewnego południowoamerykańskiego kraju rozeszła się pogłoska o zagrażającym głodzie. W rzeczywistości zapowiadały się dobre zbiory, a pogoda była wprost wymarzona dla rekordowych żniw. Lecz wieść rozprzestrzeniała się z taką siłą, że dwadzieścia tysięcy drobnych farmerów porzuciło swą ziemię i skryło się w miastach. Z tego powodu zbiory się nie udały, tysiące ludzi przymierało głodem i pogłoska okazała się prawdziwa.

Poszukujący i szatan

Gdy szatan zobaczył, jak poszukujący wchodzi do domu Pana, postanowił użyć całej swej mocy, aby zawrócić go z jego poszukiwań Prawdy.

Tak więc poddał biednego człowieka wszystkim możliwym pokusom: bogactwa, chciwości, władzy, prestiżu, sławy. Ale poszukujący był zbyt doświadczony w sprawach duchowych i zdołał łatwo zwalczyć pokusy, bowiem bardzo pragnął stać się człowiekiem uduchowionym.

Gdy stanął przed Panem, zdumiał się, widząc Go siedzącego na wyściełanym krześle, z uczniami u stóp. "Ten człowiek z pewnością nie posiada podstawowej cnoty świętych - pokory", pomyślał sobie.

Potem zauważył inne rzeczy, które mu nie przypadły do gustu. Przecież Pan prawie nie zwrócił na niego uwagi. "Pewnie dlatego, że nie płaszczę się przed Nim jak inni", pomyślał. Również nie spodobał mu się ubiór Pana i jakiś taki zarozumiały sposób myślenia. Doszedł więc do wniosku, że trafił w nieodpowiednie miejsce i że musi kontynuować swe poszukiwania gdzie indziej.

Kiedy wyszedł z pomieszczenia, Pan, który widział szatana siedzącego w rogu, rzekł:

- Nie musiałeś się martwić Kusicielu. On był twój od samego początku.

Taki jest los tych, którzy w swym poszukiwaniu Boga są gotowi zmienić wszystko oprócz swoich pojęć na temat tego, czym Bóg jest naprawdę.

Jak ścigać złoczyńcę

Pewnego dnia jakiś podróżny wędrował wzdłuż drogi, gdy tuż obok przejechał jeździec na koniu; miał złe oczy i krew na rękach.

Parę minut później tłum jeźdźców zatrzymał się, pytając podróżnego, czy nie widział kogoś z zakrwawionymi rękami, przejeżdżającego obok. Właśnie go ścigali.

- Kim on jest? - zapytał podróżny.

- To złoczyńca - rzekł przewodnik tłumu.

- I ścigacie go, aby oddać go w ręce sprawiedliwości?

- Nie - odparł przywódca. - Ścigamy go, aby pokazać mu drogę.

Samo pojednanie ocali świat, nie sprawiedliwość, która jest innym określeniem na zemstę.

Mądrość Svetaketu

Jednym z najbardziej znanych mędrców w starożytnych Indiach był Svetaketu. A oto, jak zdobył swoją mądrość. Gdy miał nie więcej niż siedem lat, ojciec wysłał go, aby studiował Wedy. Dzięki pracowitości i inteligencji młodzieniec wybijał się spośród swych kolegów, aż został uznany za największego żyjącego znawcę świętych pism; a było to, gdy zaledwie osiągnął dorosłość.

Wracając do domu, ojciec zapragnął sprawdzić umiejętności syna, zadał mu więc takie pytania:

- Czy nauczyłeś się tego, dzięki czemu nie trzeba uczyć się niczego więcej? Czy odkryłeś to, co powoduje, że kończy się wszelkie cierpienie? Czy nabyłeś wprawy w tym, czego nie można się nauczyć?

- Nie - odparł Svetaketu.

- A więc synu - rzekł ojciec - to czego się nauczyłeś przez te lata, nie jest nic warte.

Trafność słów ojca zrobiła takie wrażenie na Svetaketu, że wyruszył, aby w ciszy odkryć mądrość, której nie mogą wyrazić słowa.

Gdy wysycha staw i ryby leżą na wyschniętej ziemi, zwilżanie jednym oddechem lub śliną nie zastąpi wrzucenia ich z powrotem do jeziora. Nie ożywiaj ludzi ideałami; wyganiaj ich na powrót w Rzeczywistość; ponieważ sekret życia tkwi w samym życiu, a nie w doktrynach, które go dotyczą.

Wielkie objawienie

Pewien guru obiecał uczonemu objawienie bardziej doniosłe niż to, co zawierały święte księgi.

Gdy uczony gorąco o to prosił, guru powiedział:

- Wyjdź na zewnątrz na deszcz i wznieś głowę i ramiona ku niebiosom. To pozwoli ci dostąpić pierwszego objawienia.

Następnego dnia uczony przyszedł, aby opowiedzieć, co się zdarzyło.

- Poszedłem za twoją radą, woda spłynęła mi za kołnierz - i czułem się jak kompletny głupiec.

- No cóż - powiedział guru - nie uważasz, że jak na pierwszy dzień, to jest to całkiem spore objawienie?

Duchowi wybrańcy

Gdy podąża za tobą milion ludzi, zapytaj sam siebie, gdzie popełniłeś błąd.

Pewien żydowski autor wyjaśnia, że jego współbracia nie są tymi, którzy nawracają. Rabini muszą dokonać trzech prób, aby zniechęcić przyszłych wyznawców.

Duchowość jest dla grona wybranych. Nie zgodzi się na akceptację, a więc nie pogodzi się z tłumem ten, kto chce syropu, nie lekarstwa. Kiedyś, gdy wielkie tłumy kroczyły za Jezusem, oto co im rzekł:

- Kto z was pomyślałby o zbudowaniu wieży bez uprzedniego zastanowienia się i oceny kosztów, aby zobaczyć, czy będzie mógł sobie pozwolić na jej wykończenie? Albo który król rozkaże toczyć bitwę przeciwko innemu królowi, nie usiadłszy uprzednio, by przeanalizować, czy z dziesięcioma tysiącami żołnierzy zdoła stoczyć bitwę z wrogiem, który przybędzie na pole walki z dwudziestoma tysiącami? Jeżeli nie widzi szansy zwycięstwa, póki armia nie nadejdzie, wysyła posłów i prosi o zawarcie pokoju. A więc nikt z was nie może być moim uczniem, bez gotowości porzucenia wszelkich posiadanych dóbr.

Ludzie nie chcą prawdy, oni chcą pewności i bezpieczeństwa.

Wielka odnowa

Pewien kaznodzieja rzekł do przyjaciela:

- Właśnie przeżyliśmy największe odrodzenie, jakiego nasz Kościół nie doświadczył od wielu lat.

- Ilu dołączyło do wspólnoty kościelnej?

- Nikt. Straciliśmy pięciuset.

Jezus byłby z tego zadowolony. Doświadczenie niestety pokazuje, że nasze przekonania religijne mają tyle wspólnego z naszą świętością, ile elegancki strój jedzącego z jego trawieniem.

Rybak - świętym

Pewnej nocy rybak zakradł się na ziemie bogatego człowieka i zarzucił sieć w jezioro pełne ryb. Właściciel usłyszał go i nasłał na niego straże.

Gdy rybak ujrzał tłum poszukujący go wszędzie z zapalonymi latarniami, szybko natarł ciało popiołem i usiadł pod drzewem, jak jest w zwyczaju świętych ludzi w Indiach.

Właściciel i jego strażnicy nie mogli znaleźć kłusownika, choć długo go szukali. Znaleźli tylko świętego człowieka, pokrytego popiołem, siedzącego pod drzewem i zagłębionego w medytacji. Następnego dnia rozeszła się pogłoska, że wielki mędrzec postanowił zamieszkać na ziemi bogatego człowieka. Ludzie przychodzili z kwiatami, owocami, żywnością, a nawet dużymi ilościami pieniędzy, aby oddać mu hołd, ponieważ pobożni wierzą, iż dary złożone świętemu człowiekowi, przynoszą ofiarodawcy Boże błogosławieństwo.

Rybak przemieniony w mędrca był zdumiony tą zmianą fortuny. "Łatwiej jest zarabiać na życie wiarą tych ludzi niż pracą własnych rąk", rzekł do siebie. I nadal medytował. Nigdy więcej nie wrócił do pracy.

Pewien władca zobaczył we śnie króla przebywającego w raju i kapłana w piekle. Zastanawiał się, jak to możliwe, gdy usłyszał Głos mówiący: "Król jest w raju, ponieważ szanował kapłanów. Kapłan przebywa w piekle, gdyż szedł na kompromis z królami".

Gandhi i kościół

W swojej autobiografii Mahatma Gandhi opowiada jak za czasów studenckich, przebywając w Afryce Południowej, głęboko zainteresował się Biblią, a zwłaszcza Kazaniem na Górze.

Przekonał się, że chrześcijaństwo dawało odpowiedź na to, jak rozwiązać problem systemu kastowego, który niszczył Indie. Gandhi poważnie się zastanawiał, czy nie zostać chrześcijaninem.

Pewnego dnia wszedł do kościoła, by uczestniczyć we mszy świętej i otrzymać jakieś wskazówki. Zatrzymano go przy wejściu i delikatnie dano do zrozumienia, że jeśli chce uczestniczyć we mszy świętej to, owszem, ale w kościele dla czarnych. Odszedł i nigdy nie wrócił.

Bóg trzymany na zewnątrz kościoła

Powszechnie znany grzesznik został ekskomunikowany i zakazano mu wstępu do kościoła. Zaniósł swój żal Bogu:

- Nie chcą mnie wpuścić, Panie, bo jestem grzesznikiem.

- Na co więc narzekasz? - spytał Bóg. - Mnie też nie wpuszczają.

Diabeł porządkuje świat

Według pewnej historii, gdy Bóg stworzył świat i cieszył się, że był on dobry, szatan dzielił tę radość, oczywiście na swój sposób, ponieważ gdy rozważał tak cud za cudem, wykrzykiwał:

- Jakie to dobre. Musimy to jakoś urządzić.

- I pozbawić świat całej radości.

Czy kiedykolwiek usiłowałeś zorganizować coś takiego jak pokój? Kiedy spróbujesz, doświadczysz konfliktów władzy i zbiorowych wojen prowadzonych w jego imię. Jedynym sposobem osiągnięcia pokoju jest pozwolenie, aby rósł dziko.

Stacja ratownicza

Na skalistym brzegu, gdzie często można było spotkać wraki statków, kiedyś znajdowała się mała zrujnowana stacja ratownicza. Była to zwykła chatka, z jedną tylko łódką; garstka ludzi stanowiła załogę tej stacji. Byli pełni poświęcenia, prowadzili stałą obserwację na morzu, niewiele dbając o siebie i o swoje bezpieczeństwo, bez strachu szli na ratunek w czasie sztormu, jeżeli tylko wiedzieli, że gdzieś wydarzyła się katastrofa. W ten sposób ocalili wiele istnień ludzkich i stacja stała się sławna.

Wraz ze wzrostem sławy rosło również pragnienie ludzi z sąsiedztwa, by dostać tę wspaniałą pracę. Wspaniałomyślnie ofiarowywali swój czas i pieniądze. Przyjęto więc nowych ratowników, kupiono nowe łodzie i ćwiczono nową załogę. Chatynkę zastąpiono wygodnym budynkiem, który mógł sprostać potrzebom ofiar. Oczywiście, ponieważ katastrofy morskie nie zdarzają się co dzień, dom ten stał się popularnym miejscem spotkań, pewnego rodzaju miejscowym klubem. Czas mijał, a członkowie stacji byli tak pochłonięci życiem towarzyskim, że mało interesowali się niesieniem pomocy, choć nadal paradowali w opaskach, głoszących ich hasło o ratowaniu życia. W gruncie rzeczy, jeśli kilka osób zostało naprawdę ocalonych, zawsze było o to wiele szumu i niezadowolenia, że są brudni i chorzy, i że niszczą dywany i meble.

Wkrótce towarzyskie zabawy klubu stały się tak liczne, a akcje ratunkowe tak rzadkie, że na jednym z posiedzeń klubu postawiono sprawę jasno - część członków nalegała, by powrócić do pierwotnych zadań i zajęć. Przeprowadzono głosowanie i ci, którzy znaleźli się w mniejszości, poproszeni zostali o opuszczenie klubu i stworzenie nowej stacji.

Tak też uczynili - trochę dalej i nieśli pomoc z taką odwagą i bezinteresownością, że po jakimś czasie ich bohaterstwo przyniosło im sławę. Wtedy członkostwo powiększyło się, chatka została przebudowana... a ich idealizm został stłumiony. Jeżeli będziesz przypadkowo odwiedzać te strony, znajdziesz dziś sporo ekskluzywnych klubów rozsianych wzdłuż brzegu. Każdy z nich jest dumny ze swoich narodzin i tradycji. Katastrofy morskie wciąż się zdarzają w tych stronach, ale nie wygląda na to, by ktoś się tym przejmował.

Nasruddin znajduje diament

Mułła Nasruddin znalazł diament przy drodze, ale według Prawa znalazca stawał się właścicielem po uprzednim trzykrotnym ogłoszeniu tego publicznie na rynku.

Otóż Nasruddin był zbyt religijny, by złamać Prawo i zbyt chciwy, aby zaryzykować rozstanie się ze swoim diamentem. A więc w trzy kolejne noce, pewien, że wszyscy mocno śpią, poszedł na środek rynku i tam cicho ogłosił:

- Znalazłem diament na drodze prowadzącej do miasta. Osoba znająca właściciela powinna się natychmiast do mnie zgłosić.

Oczywiście nikt tego nie usłyszał oprócz jednego człowieka, który przypadkowo stał w oknie o trzeciej w nocy i słyszał jak mułła coś mamrocze. Gdy chciał dowiedzieć się, o co chodzi, Nasruddin odparł:

- Nie muszę ci mówić. Ale ci powiem: "Będąc religijnym człowiekiem, przychodziłem tu w nocy, aby mówić pewne słowa w celu wypełnienia Prawa".

Aby być odpowiednio sprytnym, nie musisz łamać Prawa, po prostu, wypełniaj je co do słowa.

Dwa rodzaje szabatu

Wśród Żydów obchodzenie szabatu, dnia Pańskiego, pierwotnie było radosnym świętem, ale zbyt wielu rabinów wciąż wydawało nakaz za nakazem, jak dokładnie powinno się to święto obchodzić, jakie zachowanie jest dozwolone, aż w końcu niektórzy poczuli, że ledwo mogą się ruszyć w czasie szabatu, by nie postąpić wbrew temu lub tamtemu nakazowi.

Baalszem, syn Eliezera, wiele o tym myślał. Pewnej nocy miał sen. Anioł wziął go do nieba i pokazał mu dwa trony, ustawione ponad innymi.

- Dla kogo przeznaczone są te trony? - spytał.

- Dla ciebie - usłyszał w odpowiedzi - jeżeli użyjesz swojej inteligencji, i dla człowieka, którego imię i adres są właśnie wypisywane i zostaną ci wręczone.

Następnie został zaprowadzony w najgłębsze czeluście piekieł i zobaczył dwa puste miejsca.

- Na kogo one czekają? - znów zapytał.

- Na ciebie - brzmiała odpowiedź - jeżeli nie zrobisz użytku ze swej inteligencji, i dla człowieka, którego imię i adres są właśnie dla ciebie pisane.

Baalszem, nadal we śnie, odwiedził tego człowieka, który miał być jego towarzyszem w raju. Znalazł go żyjącego daleko od wyznawców religii mojżeszowej, całkiem nieobeznanego z żydowskimi zwyczajami i który w szabat wydawał ucztę dla przyjaciół. Gdy Baalszem spytał, dlaczego urządza przyjęcie, człowiek ten rzekł:

- Pamiętam, że w dzieciństwie rodzice uczyli mnie, że szabat jest dniem odpoczynku i radości; a więc matka przygotowywała najsoczystsze posiłki, w czasie których śpiewaliśmy, tańczyliśmy i radowaliśmy się. Tak czynię do dziś.

Baalszem starał się nauczyć tego człowieka zasad religii żydowskiej, bo choć był on Żydem, najwidoczniej zupełnie nie znał wszystkich przepisów wydanych przez rabinów. Ale aż zamilkł, gdy zdał sobie sprawę, że radość tego człowieka z szabatu będzie zepsuta, jeśli uświadomi sobie swoją niewiedzę. Następnie, wciąż we śnie, Baalszem udał się do domu swego kompana z piekła. Znalazł człowieka, który był rygorystycznym wykonawcą Prawa, zawsze pełnym lęku, że jego zachowanie może okazać się nieprawidłowe. Biedny ten człowiek spędzał każdy szabat w pełnym skrupułów napięciu, jak gdyby siedział na rozżarzonych węglach. Gdy Baalszem starał się go skarcić, za to niewolnicze wykonywanie Prawa, nie potrafił go przekonać, ponieważ zdał sobie sprawę, że ten człowiek nigdy nie zrozumie, iż mógłby źle czynić, wypełniając nakazy religijne.

Dzięki temu objawieniu Baalszem stworzył nowy sposób przestrzegania Prawa, w którym Bóg jest czczony w radości płynącej z serca.

Gdy ludzie są radośni, wtedy zawsze są dobrzy, ale jeśli są dobrzy, rzadko się radują.

Przywiąż swego wielbłąda

Uczeń przybył na wielbłądzie do namiotu swego mistrza sufi; zsiadł i wszedł prosto do środka, nisko się skłonił i powiedział:

- Tak wielka jest moja ufność w Boga, że zostawiłem mego wielbłąda, nie przywiązawszy go, przekonany, że Bóg chroni interesy tych, którzy Go kochają.

- Idź przywiązać swego wielbłąda, głupcze - rzekł mistrz. - Bóg nie może się zajmować tym, co z powodzeniem możesz sam zrobić.

Boża pomoc na pustyni

Pewien człowiek zabłądził na pustyni. Później, opisując to przeżycie swym przyjaciołom, opowiedział, jak z czystej rozpaczy ukląkł i wołał do Boga o pomoc.

- Czy Bóg odpowiedział na twe modły? - zapytano go.

- Och, nie. Zanim zdążył, pojawił się jakiś badacz i pokazał mi drogę.

Stara kobieta na plaży

Rodzina złożona z pięciu osób miło spędzała dzień na plaży. Dzieci kąpały się w oceanie i budowały zamki z piasku, gdy nagle w oddali pojawiła się mała stara kobieta. Jej siwe włosy rozwiewał wiatr, ubranie było brudne i postrzępione. Mamrotała coś do siebie, zbierając jakieś rzeczy leżące na plaży i wkładając je do swojej torby.

Rodzice zawołali dzieci do siebie i kazali im trzymać się daleko od tej starej kobiety. Gdy ich mijała, schylając się tu i tam i coś podnosząc, uśmiechnęła się do rodziny. Lecz jej powitanie nie zostało odwzajemnione.

Wiele tygodni później dowiedzieli się, że mała stara kobieta postanowiła poświęcić całe swoje życie na zbieranie kawałków szkła leżących na plaży, aby dzieci nie skaleczyły sobie stóp.

Asceta fikający koziołki

Wędrowni asceci są częstym widokiem w Indiach. Pewna matka zabroniła swemu synowi zadawać się z nimi, ponieważ choć część z nich jest uważana za świętych, część bywa przebranymi oszustami.

Pewnego dnia matka wyjrzała przez okno i zobaczyła ascetę otoczonego przez wiejskie dzieci. Ku jej zdumieniu, człowiek ten, niepomny na swą powagę, fikał koziołki, by zabawić dzieci. Matkę tak zachwycił ten widok, że zawołała swego synka i rzekła:

- Synku, ten człowiek jest święty, możesz iść do niego.

Kim jesteś?

Kobieta pogrążona w śpiączce umierała. Nagle odniosła wrażenie, że została wzięta do nieba i stoi przed Sądem.

- Kim jesteś? - rzekł do niej Głos.

- Jestem żoną burmistrza - odparła.

- Nie pytałem, czyją jesteś żoną, ale kim jesteś?

- Jestem matką czworga dzieci.

- Nie pytałem, czyją jesteś matką, ale kim jesteś.

- Jestem nauczycielką.

- Nie zapytałem, jaki masz zawód, ale kim jesteś.

I tak dalej. Niezależnie od tego, co odpowiadała, nie wydawało się to być zadowalającą odpowiedzią na postawione pytanie: "Kim jesteś?"

- Jestem chrześcijanką.

- Nie pytałem, jaką religię wyznajesz, lecz kim jesteś.

- Jestem tą, która co dzień chodziła do kościoła i zawsze pomagała biednym i potrzebującym.

- Nie pytałem, co czyniłaś, ale kim jesteś.

W końcu, najwidoczniej przesłuchanie okazało się niezadowalające, bo została z powrotem przysłana na ziemię. Gdy wydobrzała po chorobie, postanowiła odkryć, kim jest. I na tym polegała cała różnica.

Twoim obowiązkiem jest być. Nie być kimś ani też nikim - bo w tym leży chciwość i ambicja - nie być tym lub tamtym - a wiec uwarunkowanym - ale po prostu być.

Requiem dla pana Żółwia

Mały chłopczyk był bardzo nieszczęśliwy, widząc swego ulubionego żółwia leżącego na grzbiecie koło stawu; był nieruchomy i martwy. Ojciec starał się go pocieszyć, jak tylko umiał:

- Nie płacz, synku. Wyprawimy panu Żółwiowi wspaniały pogrzeb. Zrobimy mu malutką trumienkę wyłożoną jedwabiem i poprosimy przedsiębiorcę pogrzebowego, żeby zrobił tabliczkę na grób, z wyrytym na niej nazwiskiem pana Żółwia. Potem codziennie będziemy kładli na grobie świeże kwiaty, zrobimy też dookoła mały płot z palików.

Chłopczyk otarł oczy i rozentuzjazmowany zgodził się na propozycję taty. Gdy wszystko było gotowe, orszak został uformowany - tata, mama, służąca i główny żałobnik - dziecko - zaczęli uroczyście kroczyć w kierunku stawu, by przynieść ciało. Ale żółw zniknął.

Nagle zauważyli pana Żółwia wynurzającego się z głębi stawu i wesoło pluskającego się w wodzie. Chłopczyk spojrzał na swego małego przyjaciela z głębokim wyrzutem, a potem powiedział:

- Zabijmy go.

Tak naprawdę, to nie ty mnie obchodzisz, ale wzruszenie, którego doznaje, kochając cię.

Moi rodzice mogliby uciec

Nauczycielka zauważyła, że jeden z małych chłopców w jej klasie jest smutny i zamyślony.

- Czym się martwisz? - spytała.

- Moimi rodzicami - odparł. - Tata pracuje cały dzień, by zarobić na moje ubranie i jedzenie i by móc posyłać mnie do najlepszej szkoły w mieście. Bierze nadgodziny, żeby móc posłać mnie do college'u. Mama całymi dniami gotuje i sprząta, prasuje i robi zakupy, a ja nie muszę nic robić.

- No więc, dlaczego jesteś zmartwiony?

- Boję się, że mogliby spróbować uciec.

Sadzenie drzew dla potomności

Nadeszła pora deszczy monsunowych i pewien bardzo stary człowiek kopał dołki w ogrodzie.

- Co robisz? - zapytał go sąsiad.

- Sadzę drzewa mango - brzmiała odpowiedź.

- Zamierzasz jeść owoce z tych drzew?

- Nie, nie będę żył tak długo, aby tego doczekać. Ale inni będą. Pewnego dnia uświadomiłem sobie, że całe życie z przyjemnością jadłem owoce mango z drzew zasadzonych przez innych ludzi. To ma być mój sposób okazania im wdzięczności.

Kamień na drodze

Pewnego dnia Diogenes stał na rogu ulicy, śmiejąc się jak człowiek pozbawiony rozumu.

- Z czego się śmiejesz? - spytał przechodzień.

- Czy widzisz ten kamień na środku drogi? Od chwili, gdy przyszedłem tu dziś rano, dziesięć osób potknęło się o niego, przeklinając. Ale ani jedna nie zadała sobie trudu usunięcia go, by inni się nie potknęli.

Anastazy i skradziona Biblia

Abba Anastazy posiadał księgę zrobioną z pierwszorzędnego pergaminu, która była warta dwadzieścia pensów. Zawierała Stary i Nowy Testament. Kiedyś pewien mnich przyszedł do Abba w odwiedziny i widząc księgę, ukradł ją i uciekł. A więc gdy tego samego dnia Anastazy chciał poczytać Pismo Święte, zobaczył, że księgi nie ma i od razu wiedział, że to mnich ją zabrał. Ale nie posłał po niego, obawiając się, że ten do grzechu kradzieży mógłby jeszcze dodać grzech krzywoprzysięstwa.

Tymczasem mnich udał się do miasta, by sprzedać książkę. Chciał za nią osiemnaście pensów. Kupujący rzekł:

- Daj mi tę książkę, abym mógł zobaczyć, czy jest warta tyle pieniędzy.

To mówiąc, zabrał ją do świętego Anastazego i powiedział:

- Ojcze, spójrz na to. Czy uważasz, że jest to warte aż osiemnaście pensów?

Ten odrzekł:

- Tak, to dobra książka. I osiemnaście pensów to prawdziwa okazja.

Kupujący wrócił do mnicha i rzekł:

- Oto pieniądze. Pokazałem książkę ojcu Anastazemu, a on powiedział, że jest warta osiemnaście pensów. Mnich był zaskoczony:

- Czy to wszystko, co powiedział? Czy dodał coś jeszcze?

- Nie, nie powiedział ani słowa więcej.

- No cóż, zmieniłem zdanie i wcale nie chcę sprzedać tej książki.

Następnie wrócił do Anastazego i ze łzami w oczach błagał go, by przyjął książkę z powrotem, ale ten rzekł:

- Nie bracie, zatrzymaj ją. To mój prezent dla ciebie. Ale mnich odparł:

- Jeśli jej nie weźmiesz, nie będę miał chwili spokoju. Po tym wydarzeniu mnich zamieszkał z Anastazym do końca życia.

Żaba i ocean

Pewna żaba przeżyła całe życie w studni. Kiedyś ze zdziwieniem zauważyła drugą żabę.

- Skąd się tu wzięłaś? - spytała.

- Z morza, tam mieszkam - odparła żaba.

- Jak wygląda morze? Czy jest tak duże jak studnia? Morska żaba roześmiała się.

- Nie ma nawet porównania - rzekła.

Żaba ze studni udała, że interesuje ją to, co gość ma do powiedzenia na temat morza. Ale pomyślała: "Ze wszystkich kłamców, jakich znałam w życiu - ta jest bez wątpienia największym i najbardziej bezwstydnym".

Jak ktoś może mówić o oceanie do żaby w studni; albo do teoretyka o Rzeczywistości?

Czyste angielskie taśmy

Student poszedł do pracownika w laboratorium językowym i powiedział:

- Czy mogę prosić o czystą, nie nagraną taśmę?

- Jakiego języka pan się uczy? - spytał pracownik.

- Francuskiego - odparł student.

- Przykro mi, ale nie mamy żadnych czystych francuskich taśm.

- No cóż, ma pan jakieś czyste angielskie taśmy?

- Tak.

- Dobrze. Wezmę jedną z nich.

Mówienie o czystej taśmie, że jest francuska czy angielska, jest równie sensowne, jak mówienie o człowieku, że jest Francuzem czy Anglikiem. Francuski czy angielski są tylko twoimi uwarunkowaniami, a nie tobą. Dziecko zrodzone z amerykańskich rodziców i zaadoptowane przez rosyjskich, nie ma pojęcia o adopcji i wyrasta na wielkiego patriotę i poetę, wyrażającego uczucia nieświadomej swej rosyjskiej duszy i dążeń matki - Rosji. Czy jest ono Rosjaninem? Amerykaninem? Żadnym z nich. Odkryj, kim - czym - jesteś.